Hajlajty z Porto, czyli Lizbonetki na wakacjach!

Co naczelna fanka Lizbony robiła w Porto? Przede wszystkim się woziłam. Wycieczka była rodzinna i zadaniem numer jeden było zapoznanie się z klanem lubego, więc zaliczyliśmy trochę zwiedzania i restauracji, na które w innych okolicznościach pewnie bym się nie zdecydowała (piramidy z owoców morza i łódka po Douro zamiast standardowej przeprawy po muzeach i podłych wegańskich knajp).

Parę muzeów jednak się zmieściło, zwiedzanie było przykładne, a ja bawiłam się fantastycznie i po raz kolejny zakochałam się w Porto do łez <3 Poniżej subiektywny przewodnik po najlepszych kawałkach miasta. Zróbcie sobie herbatkę, bo wyszło długo, ale co zrobić, jak się kocham.

Co zwiedzaliśmy w Porto

Most Dom Luis I

Klucz do panoramy miasta, dwupoziomowy stalowy most między Porto a miastem-siostrzyczką po drugiej stronie rzeki, Vila Nova de Gaia (która zarówno na planie komunikacji miejskiej, jak i w świadomości lwiej części zwiedzających zalicza się po prostu do Porto). W momencie rozpoczęcia budowy most miał być najdłuższy na świecie, a projektem zajął się Théophile Seyrig, uczeń Gustave Eiffela. Sam Eiffel zerkał na budowę z okien Palácio da Bolsa. Widok jest cudny z każdej strony, więc usiądźcie na brzegu i gapcie się.

Oba poziomy mostu są dostępne dla pieszych, chociaż przechadzka górą jest o wiele przyjemniejsza niż dołem.

Księgarnia Livraria Lello

Miejscówka unieśmiertelniona przej J.K. Rowling, która kiedyś mieszkała w Porto i w Lello pasjami wąchała książki, a potem zainspirowała się wystrojem przy opisywaniu księgarni Esy i Floresy w cyklu o Harrym Potterze. Ja jestem z tych, którzy ciągle płaczą po Hedwidze, a jako dzieciak z namaszczeniem czytałam całą serię co wakacje, ale jakoś nigdy do Lello nie trafiłam. Nie chciało mi się stać w kolejce. Teraz poszłam, bo ciągnęli.

Wystrój jest faktycznie przepiękny, ale niestety – księgarnię zjadł taki rodzaj tłumu, w którym nie da się odwrócić – w każdym razie w sierpniowy poranek. Do samego wejścia czekaliśmy około 10 minut w kolejce, a kolejki nie skończyły się po dostaniu się do środka. Do przejścia słynną zakręconą klatką schodową trzeba ustawić się w ogonku, a czas, który spędzisz na oczekiwaniu rośnie proporcjonalnie do ilości panienek z instagrama strzelających foteczki. Wstęp kosztuje 3€, ale jeśli kupisz w Lello książkę, to trójeczkę odliczą Ci od ceny – natomiast niewykluczone, że tłum porwie Cię, zanim zdążysz cokolwiek wybrać, jak w moim przypadku.

Esy i Floresy – wydanie dla mugoli

Czy warto? Rozliczcie w serduszku, czy powiew Hogwartu jest tego warty. Ja chętnie wróciłabym do Lello na podziwianie wnętrza i prawdziwe książkowe zakupy, ale tylko w którymś turystycznie spokojniejszym miesiącu.

Bairro da Ribeira

Promenada nad brzegiem Douro. Spędziliśmy tam wiele godzin z gatunku upojnych, spijając sangrię, winka, soczki z pomarańczy i zerkając na ludzi i rzekę. Siedzieliśmy głównie po knajpach i wszystkie są raczej podobne i mocno turystyczne, ale atmosfera nad brzegiem Douro jest tak przyjemna, a widoki tak ładne, że trudno się dziwić i wszystko wybaczam. Mi do serduszka szczególnie wpadła miejscówka o nazwie Sahara, która złapała nas na kolorowe plażowe leżaczki, a przy bliższym poznaniu okazała się być sprytnie zakamuflowanym shisha barem. Obsługa przesympatyczna, atmosfera bardzo na luzie, duży wybór herbat zwykłych i mrożonych, bardzo rozsądne ceny.

Widok z nocnej przechadzki Bairro da Ribeira. Ojacieo <3

Palácio da Bolsa

Siedziba Stowarzyszania Handlowego w Porto – budynek jest jedną z najważniejszych atrakcji we wpisanym na listę UNESCO centrum miasta. Wybudowany w celach administracyjno-popisowych, miał stanowić manifestację bogactwa i potęgi, więc przepych leje się ze ścian… Chociaż przy bliższym poznaniu okazuje się, że to trochę oszukaństwo, bo większość wnętrz jest wykonana z gipsu. Punkt obowiązkowy przy zwiedzaniu Porto ze względu chociażby za niesamowitą salę arabską, która wzbudziła autentyczny głośny wzdech całej grupy, kiedy przewodniczka otworzyła drzwi. Podobno do dekoracji ścian wykorzystano 20 kilogramów szczerego złota.

Karaty spływają ze ścian w arabskiej sali w Palácio da Bolsa

Zwiedzanie jest możliwe tylko z przewodnikiem i trwa około pół godziny. Bilety kupiliśmy w pakiecie z Museu da Misericórdia i wieżą Torre dos Clérigos (chociaż nie wyrobiliśmy się z wejściem na wieżę). Bilet kosztował nas 15€. Uwaga – pakiet 3 zabytki/15€ występuje w różnych wariantach w różnych miejscach, więc warto się rozejrzeć przed zakupem, ale inwestycja bardzo się opłaca.

Piwnice Cálem

Kolejna rzecz na tej liście, na którą nie wiem, czy bym się zdecydowała, gdybym zwiedzała sama, a nie w rodzinnej drużynie. Porto słynie – SZOK – z produkcji wina porto właśnie, co mnie osobiście nie wzrusza, bo raz, że od kilku miesięcy alkoholu w pysk nie biorę, dwa, że za porto nigdy nie przepadałam, a trzy, że atrakcja wydawała mi się ostro turystyczna i przekombinowana. No ale nic, poszliśmy. Cálem to oficjalnie najpopularniejszy producent porto, a piwnice nad brzegiem rzeki są otwarte do ok. półgodzinnego zwiedzania z przewodnikiem, do tego w cenę wliczona jest degustacja trunku. Warto stawić się trochę wcześniej, bo przed rozpoczęciem wycieczki do obejrzenia jest niewielka ekspozycja o produkcji porto (jako mentalna ośmiolatka ja bawiłam się najlepiej przy ćwiczeniu dla dzieci z rozpoznawaniem zapachów).

W beczułkach leżakuje porto najpopularniejszego producenta

Ogólnie – jeśli temat was interesuje, to warto, przewodniczka była świetna. Osobiście nie moje klimaty 🙂 Zwiedzanie z degustacją kosztuje 12€.

Museu da Misericórdia

Miejskie muzeum sztuki, z dużą częścią ekspozycji poświęconą też działalności Casa da Misericórdia, czyli dobroczynnej instytucji działającej w Porto od 1499 r. W kolekcji znajduje się też sporo obiektów związanych z historią medycyny i farmakologii (ulubiony eksponat: kaftan bezpieczeństwa), jest też trochę sztuki nowoczesnej (w tym wychodząca poza ściany muzeum rzeźba krwawiącego jezusowego ścięgna – poziom dziwactwa over 1000, byłam zachwycona). Przez muzeum wchodzi się też do zamkniętego dla reszty śmiertelników renesansowego kościoła Igreja da Misericórdia, a sama kolekcja sztuki jest jedną z najciekawszych, jakie widziałam w Portugalii. Polecam.

Do takiej przykładnej przybudówki nagle wyleźliśmy z Museu da Misericórdia

Kolejka linowa w Vila Nova de Gaia

Bardzo przyjemny patent, jeśli jest akurat 35 stopni, łazicie już od połowy dnia i macie w planie łazić też przez drugą, a nogi Wam powoli więdną i właśnie dotarliście na drugą stronę Douro – siup do kolejki i na parę minut jest spokój. Moja wewnętrzna ośmiolatka mówi też, że to bardzo fajny bajer dla dzieci. Terminal kolejki znajduje się rzut beretem od mostu Dom Luis I, a drugi zaraz przy brzegu rzeki i winnych piwnicach. Przejazd trwa jakieś 5-10 minut, kolejka jak kolejka, ale widok na miasto jest świetny. Przejazd kosztuje 6€ w jedną stronę.

Kolejka statecznie zasuwa nad Vila Nova de Gaia

Paço Episcopal i katedra Sé

Pałac biskupi, położony zaraz obok przepięknej romańskiej katedry Sé, cudnej z zewnątrz i od wewnątrz. Do katedry z pewnością traficie, pałac natomiast jest zupełnie omijany przez turystów – co dla mnie jest ogromnym plusem, bo mogliśmy cieszyć się w samotności zwiedzaniem ogromnych holów i sal. Z okna na drugim piętrze jest zdecydowanie najlepszy widok na panoramę Porto, jaki widziałam, można też wyjść na paradny balkon i poksiężniczkować machając do tłumów czekających przed katedrą (oglądam ostatnio The Crown i niewykluczone, że źle mi się to odbija na głowie).

Nikogusieńko, księżniczkowałabym.

Rejs rzeką Douro

Tutaj – zabijcie, ale nie jestem w stanie znaleźć, którym popłynęliśmy, bo rejsów po Douro jest jak psów. Nasz odpływał zaraz naprzeciwko piwnicy Cálem, trwał jakąś godzinę i był absolutnie czadowy. Każdy na wstępie dostaje (chujowe) słuchawki, a nagrany pan z przekomiczną portugalską wymową opowiada o mijanych mostach i budynkach na brzegach z obu stron Douro. Bardzo fajny wynalazek, w Lizbonie też takie robią, ale nie płynęłam, to nie wiem. W Porto polecam jak najbardziej, bo to jedna z najprzyjemniejszych godzin, jakie tam spędziłam. Weźcie coś na głowę i krem do opalania, bo słońce żre jak szarańcza.

Przecudne kamieniczki nad Douro

Casa de Infante

Trochę oszukaństwo, bo zwiedzałam przy poprzedniej wizycie w Porto. Dom, w którym rzekomo urodził się Henryk Żeglarz, jedno z narodowych bóstw Portugalii. W środku mieści się muzeum z wystawą o odkryciach geograficznych, Henryku i przede wszystkim o historii Porto, które wspominam bardzo dobrze, a że muzeów mi tym razem brakowało, to dorzucam.

Street art i performerzy

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Porto kilka lat temu, to nie tylko w ciągu pierwszych kilku godzin załapałam się na dziewczyny tańcujące z ogniem, magika ze szklaną kulą i grajków wszelakich, ale też zamiast iść na fado, skończyłam na paleniu śmiesznych papierosów z ulicznym kuglarzem z fajnym psem trzy metry od hostelu (kiedyś to człowiek umiał się bawić). W każdym razie, z rozkoszą stwierdzam, że w Porto nic się nie zmieniło i to miasto jak mało które dalej tętni od naprawdę świetnych ulicznych muzyków i artystów, a także od cudnych graffiti i murali.

Gigantyczny koteł przy uliczce tak wąskiej, że nie sposób zobaczyć go w całej okazałości

Spanie i jedzenie:

Spaliśmy w Apartments2Enjoy Heroísmo i było bardzo przyjemnie, lokalizacja zaraz przy dużej stacji metra i jakieś 20 minut piechotą od ścisłego centrum.

Highlighty jedzeniowe:

Bar Do Falcão miał grzyby w sosie z porto i to chyba jedyna jedzenie z Porto z gatunku tych, które będą śnić mi się po nocach. Część rybożerna naszej wycieczki zachwycała się w tym miejscu też czosnkowymi krewetkami.

Z restauracji Postigo do Carvão, serwującej klasyczną portugalską kuchnię, wszyscy wyszli zachwyceni – podobno najlepszy stek i sardynki świata z tych do płakania z radości. Dla mnie cudny talerz wegetariańskich dóbr (a o tym, jak trudno o wegetariańskie żarło w portugalskim lokalu pisałam już we wpisie o tym, co mnie wkurwia w Portugalii), przemili kelnerzy wywijający butelkami i korkociągami, piękny wystrój i bardzo rozsądne ceny.

Miejscówka o nazwie Casa de Horta była jedynym wegetariańskim lokalem do którego wpadliśmy i było bardzo tanio, bardzo dobrze i supermiło, a na każdym kroku miejsce jest obwieszone plakatami, że nie są żadną restauracją, tylko organizacją kulturalną, która przy okazji cośtam gotuje. Klimaty dla ludzi z sortu wegan-anarchistów z rowerami i dredami, więc polecam spod serduszka.

W Porto podobno należy koniecznie spróbować kanapki zwanej francesinha – czyli potwora z 4 rodzajów mięsa, sera, podłego chleba tostowego, sosu piwno-pomidorowego, sadzonego jaja i jeszcze stosu frytek. O dziwo, istnieją wersje wegetariańskie i wegańskie. W Porto wzgardziliśmy, ale nadrobione zostało w parku narodowym Peneda-Gerês, do którego ruszyliśmy na resztę wycieczki, już bez rodzinnej drużyny i w bardziej przygodowo-namiotowym klimacie.

Tyle z Porto, o przecudownym Gerês będzie w następnym poście, a niedługo wracamy do Lizbony. Byliście w Porto? Macie opinię w niegasnącym sporze “Porto czy Lizbona”? Jeśli tak, dajcie znać, jestem ciekawa! <3

Porto słynie z tego, że nad Douro jest tam przerzucone aż 7 mostów

Nie ma zwiedzania w Portugalii bez fotki z tramwajem

Widok na katedrę Sé

Taką mam minę, jak opowiadają mi o winku, którego nie wypiję