Co tu się w ogóle wyczynia czyli słów wstępu sześćset

Cześć i czołem, drużyno! Słowem wstępu: oto jest blogas, który będzie o Portugalii z naciskiem na Lizbonę. Wystarczy? Pewnie by wystarczyło, ale nie od tego tu jestem, żeby się powstrzymywać od wpadania w potoki wymowy. Gotowi? No to jedziemy.

Nazywam się Zuzia Łuczyńska i nie mam do wypowiadania się o Portugalii żadnych kwalifikacji poza tym,  że zapuściła ona swoje macki w mojej głowie jeszcze kiedy byłam w liceum, i od tego czasu właściwie nie odpuszcza. Tuż po liceum zaliczyłam nawet krótki – króciutki – niewidoczny ludzkim okiem, można by powiedzieć – epizod na filologii portugalskiej w Krakowie (nie zabrnęłam specjalnie daleko, ale to już mój własny kretynizm w tym, że studiowanie nigdy mi dobrze nie wychodzi).

Jakiś czas później zebrałam zabawki, spakowałam plecak i spędziłam bardzo wytrawne lato, rozbijając się po Portugalii autostopem, wypasając ekologiczne kozy na ekologicznych farmach w zamian za talerz makaronu (który czasami okazywał się czterodaniową wegańską kolacją z wyborem trunków) i kawałek dachu (który czasami okazywał się namiotem na wypalonej ziemi), zwiedzając stare miasta, klasztory, muzea i szerokie spektrum rozpijaczonych knajp. Fajnie było.

Tak fajnie, że rok później wróciłam z tym samym plecakiem, buciorami i promiennym zapałem szaleńca i wybrałam się na długą przechadzkę z Lizbony do hiszpańskiego Santiago do Compostela. Po drodze zepsułam sobie stopę, nawiązałam szereg przedziwacznych znajomości w przydrożnych rowach i pielgrzymskich schroniskach, przeszłam – jak przystało na jakubową pielgrzymkę –  siedem załamań nerwowych i  tyleż oświeceń, i z każdym krokiem zakochiwałam się w Portugalii coraz bardziej beznadziejnie, do tego stopnia, że kiedy w końcu doszłam  do Santiago, popłakałam się z  wrażenia w katedrze, odebrałam papier pielgrzyma i wrąbałam ostatni talerz obsypanych solą pimentos de padron (pokarm. Bogów.), to nie pozostało mi nic innego, jak tylko spakować pupę w autobus międzymiastowy i wrócić do Lizbony.

To było rok temu i od tego czasu – z krótką przerwą na zrozumienie, jak bardzo tutaj jest mi na razie potrzebne do szczęścia – Lizbona to mój dom, tutaj mieszkam, pracuję, przechadzam się pod palmami, wyklinam na komunikację miejską i jojczę, że wszystko cuchnie dorszem, włóczę się do rana po Bairro Alto i bimbam sobie bez sensu nad brzegiem Tagu, chodzę na koncerty w piwnicy i hipsterskie wernisaże, łamię sobie język na portugalskim szeleszczeniu i przyprawiam autochtonów o spazmy wyliczaniem moich ulubionych słów (aktualnie: parvalhão, czyli palant i buc, orangotango, czyli – przysięgam – orangutan, oraz moje all time favourite – w portugalskim [no dobra, brazylijskim] Harrym Potterze ‘Hufflepuff’ to ‘Lufa-Lufa’). Na świętego Jana bawiłam się do rana w nasączonym sangrią kolorowym tłumie, na święto Benfica sama nakładałam temu samemu tłumowi sardynki i polewałam sangrię, piłam porto na dachu lizbońskiej kamienicy i chociaż miałam mieszane uczucia po meczu Polska-Portugalia, to wydobrzałam do finału. Powoli opada mi szczeniackie zakochanie Portugalią i czasami się kłócimy, ale wygląda na to, że będziemy razem jeszcze długo.

Dlatego też ten blog. Nie mogę Wam obiecać wiele poza tym, że będzie tu mnóstwo głupawych żartów, garść anegdotek o tym, gdzie w Lizbonie można spotkać pasącego się kucyka, a gdzie scjentologów, trochę o książkach i historii, chociaż ogólna wartość edukacyjna zapowiada się na raczej niewielką, a jeśli już trafią się jakieś zdjęcia, to raczej z tych chujowych. Opowiem Wam za to o portugalskich romantycznych historiach, które kończą się ekshumacjami gnijących zwłok i zjadaniem ludzkich serc, o jednookim poecie-zabijace Camõesu, któremu uroku dodaje to, że na wszystkich pomnikach wygląda jak młody Olbrychski, i o awanturach, jakie się wyczyniają w studenckiej Coimbrze na początku roku akademickiego. Wszystko to razem, jak Bozia da, ułoży się w mój osobisty pijacko-włóczęgowski list miłosny, z obrazkami, kolorowym papierem i kupą śmiechu. Nie mówcie, że nie ostrzegałam.

Chętni? YIIIS! Zostańcie ze mną, będzie fajnie! Polecam komentarze i polubienie lizbonetek na fejsuniu. Niechętni? Nie umiem Wam pomóc, ale wiedzcie, że moje serce krwawi. Pytania, coś do dodania? Walcie jak w dym.