Co mnie wkurza w Portugalii – portugalskie irytacje

Kiedyś pisałam, że jaram się tym krajem jak małpa na karuzeli. I to prawda. Piszę tutaj o wszystkich pięknych rzeczach, od których w Lizbonie i okolicach opada szczena, i nie zrozumcie mnie źle – to też prawda. Uwielbiam Portugalczyków, melancholijnych, uprzejmych, spokojnych, z nutą wariactwa i poczuciem humoru. Uwielbiam to, jak się żyje w tym kraju, uwielbiam język, ocean uwielbiam i wioseczki w Alentejo też. Wszystko prawda, nie umiem kłamać.

Ale na każde sto rzeczy, którą uwielbiam, jest w Portugalii coś, co mnie wykańcza. A że mam ostatnio trochę pod górkę, smutne czasu i dużo sobie w życiu rozbabrałam, to postanowiłam, że dzisiaj pojedziemy w hejt, czyli – w portugalskie irytacje, często graniczące z wkurwem.

Zróbcie sobie kawę albo coś mocniejszego, bo post jest z tych dużych.

(Punkt pierwszy to wielki feministyczny rant, ale potem będzie bardziej lokalnie)

________________________________________

1. Catcalling – czyli zatkaj uszy, babo, na ulicy

Wiecie, co to jest catcalling? Taki rodzaj molestowania seksualnego, jak idziesz sobie ulicą, a ktoś na ciebie gwiżdże, ktoś na ciebie woła, że dobra dupa, że co by ci nie zrobił i w jaki sposób, że jaka jesteś piękna, jakie masz cycki/nogi/tyłek. To jest jak ktoś na ciebie mlaska, cmoka, rechocze, ślini się, pokazuje palcem. To jest, jak nagle nieznajoma osoba sprowadza cię do roli obiektu seksualnego, kawałka mięsa, któremu można powiedzieć cokolwiek.
Jak każde molestowanie, catcalling zdarza się, kiedy dla kogoś nagle nie jesteś człowiekiem.

Umówmy się – w lwiej części takie zachowania uprawiają heteroseksualni mężczyźni, a ofiarami padają kobiety.
I w Lizbonie jest tego w cholerę.

Nie tylko (nawet nie wiem, czy w większości) ze strony Portugalczyków, bo to miasto jest potężnym, cudownym, fascynującym tyglem kulturowym, a przy wszystkich slangach i mniejszościach naprawdę trudno jest ocenić, kto jest skąd. Zresztą nie ma to znaczenia.

Ma dla mnie znaczenie, że w XXI wieku ciągle ogromną różnicę robi, czy idę ulicą sama, czy z facetem. Bo jak jestem z chłopem, to nagle jest cicho – chociaż nie zawsze. A jak idę sama, to w pewnych częściach miasta (obszary Martim Moniz, Intendente, Arroios, Alameda… Swoją drogą, niektóre z moich ulubionych kawałków Lizbony) nie ma półgodziny, żeby jakiś padalec się nie dopierdolił.

Brzydko mówię. Ale jakiekolwiek molestowanie seksualne jest brzydsze, a dawno skończyła mi się cierpliwość. Jak jestem zupełnie niekonfliktowa i raczej strachliwa, to teraz na zaczepki odpowiadam przeważnie jasnym i wyraźnym, drukowanym “spierdalaj”.

Uwaga:

Oczywiście, że w Polsce to też się zdarza, chociaż w Polsce kultura jest inna i molestowanie seksualne też wygląda inaczej – nie mówię, że jest lepiej. I w samej Europie z pewnością jest wiele gorszych miejsc pod tym względem niż Lizbona – kiedyś spędziłam dwa tygodnie w Marsylii i Lizbona przy Marsylii to ciastko z kremem (zresztą atmosfera była głównym powodem, dla którego zmyłam się stamtąd po dwóch tygodniach, bo miałam zostać na całe lato). Ale to, że gdzieś indziej jest lepiej/gorzej nie znaczy, że nie będę się wkurwiać na to, jak jest tu.

Pamiętajcie – kiedyś mówiło się “końskie zaloty” a panienkom wypadało rumienić się i chichotać. Kiedyś to były naprawdę skurwiałe czasy.

Róbmy wszyscy, żeby było lepiej.

2. Pogoda w Lizbonie

Ja nie wiem, co ludzie sobie wyobrażają, ale czasami mam wrażenie, że ogólna wizja Portugalii wśród Polaków jest taka, że to jedna wielka rajska plaża, gdzie nad ulicami fruwają papugi, stada wielbłądów i panienki w bikini, sączące piña coladę (wszyscy fruwają, żeby nie było, wielbłądy też).

Powiem Wam teraz, raz i porządnie – a chuj!

W Lizbonie pada więcej niż w Londynie – jak mi nie wierzycie, to porównajcie sobie tabelki na Wikipedii. Wilgoć jesienią i zimą jest nie do zniesienia. A wiecie, co mają w Londynie, a czego nie ma w Lizbonie? Centralne ogrzewanie.

I jak przez sześć miesięcy w roku leje, powietrze jest ciężkie od wilgoci, która przegryza cię do kości, to niby fajnie, że teoretycznie to jest grudzień a ty masz palmy za oknem i 12°c. Ale potem wracasz do mieszkania i tam też jest 12°c, gnije ci pranie, gniją ci książki, gniją ubrania w szafie, a ty śpisz pod kołdrą, dwoma kocami i śpiworkiem.
Trudno jest wtedy nie pomyśleć, że wsadź sobie, Lizbono, te palmy.

Tak, jest słonecznie. Tak, jest krótki okres w lecie, na ogół w lipcu i sierpniu, kiedy nadpływa fala tropikalnych upałów i można pobujać się w 45°c. Słońce robi dużo, na witaminę D, poczucie szczęścia i inne takie. Ale jesiennoziomową wilgoć i stare, nieogrzewane kamienice to naprawdę ogromny minus mieszkania w tym kraju.

3. Kretyńskie kolejki

Kolejki do zabytków to jeszcze mogę olać, do zabytków chadzam raczej poza sezonem.

Na dworcach – niech będzie, nauczyłam się, żeby być co najmniej 20 minut wcześniej na każdą podróż większą niż 20 kilometrów, bo bilety tylko u pani w okienku, a tam piętnaście osób czeka, potulnie jak baranki. I tylko turyści jojczą jakieś duperele, że dwudziesty pierwszy wiek, że automaty, że czemu tak… Niech będzie.

U lekarzy – jak idziesz do lekarza pierwszego kontaktu z głupią grypą, to musisz przyjść przed otwarciem i ustawić się w kolejce do zapisów. Przed otwarciem! Przy mojej ulicy jest przychodnia, która otwiera się o ósmej rano. Jak wychodzę do pracy przed siódmą, to w kolejce czekają już pierwsi pacjenci. Na rozkładanych krzesełkach, owinięci kocami, z gazetami, smartfonami i poduszeczkami. Jak przyjdziesz po siódmej, to lekarza zobaczysz koło 15. I siedź tam, panie, i czekaj, aż cię zawołają.

Kolejka w tutejszym ZUSie – okej, niech se mają te wredne Portugale, niech im będzie, że wycieczka do ZUSu to też dzień z głowy. Chodzić do ZUSu nikt nigdzie nie lubi.

Ale jak w poniedziałek o piątej popołudniu idę do supermarketu kupić bułki i sos pomidorowy, i muszę czekać dziesięć minut, bo jest otwarta jedna kasa, to część duszy mi więdnie, że po chuj to w ogóle mieszkam.

4. Portugalska kuchnia

Na to mogą spaść na mnie gromy, ale co tam, raz się żyje. Portugalska kuchnia i ja = wojna.

Po pierwsze, jak nie żresz mięsa i ryby, a nie daj boziu skusiłeś się na weganizm, to będzie ci miło i fajnie w Lizbonie pod warunkiem, że trzymasz się ściśle wytyczonej trasy polecanych restauracji, ewentualnie knajp indyjskich, chińskich, wietnamskich, włoskich i tak dalej. Jak pojedziesz dalej niż 30 km od Lizbony, to, no… Mam nadzieję, że lubisz omlet.

Bo omlet będziesz żreć, aż ci uszy uschną. Jeśli jesteś weganinem, to nie wiem, co będziesz jeść, ale popijesz własnymi łzami.

Pewnie, że jak wyszukasz sobie miejsca przed wyjazdem, to dasz radę. Ale lokale typowo portugalskie to okrutna bieda dla jaroszy.

Po drugie, już pal licho że wegetarianizm, ale portugalskie jadło samo w sobie: jak lubisz rybę i owoce morza – spoko, fajnie masz. Jak lubisz smętny kawałek dorsza z rozgotowanymi warzywami – okej, będzie Ci tu dobrze. Jeśli lubisz befsztyki, mięso z grilla, piramidy z ośmiornic i czarne risotto z najbrzydszej ryby świata – okej. Jeśli natomiast lubisz warzywa, lekkie posiłki, oryginalne smaki i tysiąc przypraw – no, to nie jestem pewna, jak będzie.

Wszystko powyżej nie odnosi się do deserów, bo w desery – mocno słodkie, pachnące cynamonem, migdałami i pomarańczą, naładowane słynnym jajecznym kremem – Portugale umieją jak mało kto. Do tego portugalska kawa jest fantastyczna.

5. Syf

Lizbona jest najpiękniejsza.

Powtórzyłam to tutaj tyle razy, że mam nadzieję, że to już zapamiętaliście i mogę powiedzieć też to: Lizbona jest najpiękniejsza – jeśli pominąć grubą warstwę brudu. Bo w Lizbonie jest syf.

Są opuszczone, przepiękne kamienice w centrum miasta, z których odpadają płaty tynku. Jest mnóstwo pięknego street artu, ale jest też chujowe, nudne graffiti nasmarowane na murach. Są ulice w centrum, które zawsze cuchną moczem. Są szczury w miejskich parkach, są karaluchy przemykające od czasu do czasu przez restauracyjne ogródki. Są ludzie, którzy nie sprzątają po swoich psach, a te psy – Jezu, nie wiem, czym oni je karmią, nie wnikam.

Są wreszcie śmieci na chodnikach, i to często takie dziwaczne – pary butów, rozpadające się meble, stare szmaty, sterty nadgniłych papierów, zabawki. Panuje polityka, że nigdy nie wiadomo, kiedy twój syf się komuś przyda – i fakt, miałam współlokatorkę, która znalazła na ulicy lustro zajebiste (chociaż ja oglądam za dużo horrorów i trochę się spinałam, że okaże się przeklęte). Mam też przyjaciółkę, która pomyka w sztyblecikach przepięknej urody, które ktoś zostawił na ulicy 🙂

Ale na każdą taką osobę znam dziesięć innych, które narzekają na lizboński burdel.

Możliwe, że nie zobaczysz tego, bujając się tylko po ściśle turystycznych obszarach (chociaż jeśli przeczekasz masową ewakuację imprezowego tłumu na Bairro Alto, do której dochodzi o 3 w nocy, to zobaczysz, jakie morze plastiku jest w stanie wyprodukować portugalski tłum). Są w Lizbonie zadbane, czyste, odnowione dzielnice i to jest super. Jest też mnóstwo miejsc, którym trochę rozsypania i przykurzenia dodaje tylko uroku.

Powtarzam – Lizbona jest najpiękniejsza.

Ale jest też okropnie niedomyta.

________________________________________

To tyle z portugalskiego wkurwa. A Wy? Macie własne portugalskie irytacje? Może macie coś, co też Was wkurwia tam, gdzie mieszkacie? Jeśli tak, wiecie, co robić – komentarze czekają <3