Krwawe historyjki, paw, co drze dzioba i stare zdjęcia – Pałac Pimenta

To było tak: daleko od centrum, raczej koło obwodnicy, już tam, gdzie kolejka do Makdonalda 24/7, a w nocy ścigają się motocykle. Niedziela, popołudnie. Lizbona ciężka od nadchodzącej burzy. My – udręczeni, z książkami pod pachą, nic tak nie zatrzymuje niedzielnego czasu jak książka, a najlepiej to już w ogóle książka wyprowadzona na spacer. Mijamy kawałek muru, w murze okienko okratowane, a za okienkiem – bam! – siedzi paw. Wiecie, jak wygląda paw, ogon do ziemi, mieni się w słońcu jak wiadro brylantów, cudnie po prostu, łypie oczkiem paciorkowatym i drze dzioba jak skurwysyn.

Tak znaleźliśmy Palácio Pimenta.

Okazało się, że oprócz pawia jest ogród, w ogrodzie jest pałacyk, a w środku jeszcze muzeum historii Lizbony, co mnie zdziwiło, bo myślałam, że muzea w Lizbonie mam odrobione, a tutaj – kawał. Czułabym się wtedy jak te dzieciaki z Tajemniczego Ogrodu, gdyby nie to, że zamiast drozda leźliśmy za pawiem, a do środka wpuścił nas tłustawy pan ochroniarz z okiem ostro zezującym na lewo. W ogrodzie oblazły nas trzy pokolenia pawi, w tym takie gwiazdy:

Niedługo później wróciłam, żeby zwiedzić muzeum. Pałac Pimenta wybudowano w XVIII wieku na polecenie króla Jana (João) V, który słynął z pobożności i faktycznie, wszystko się zgadza, bo pałac postawił dla swojej kochanki, zakonnicy z klasztoru w niedalekim Odivelas. Jan V jest też znany z budowy pałacu w Mafrze, o którym portugalski noblista José Saramago napisał jedną ze swoich najpopularniejszych powieści – Memorial do Convento (Polskie tłumaczenie: Baltazar i Blimunda. Chciałam narzekać, że to level 1000 polskich tłumaczeń, ale właśnie sprawdziłam i okazuje się, że angielskie tłumaczenie jest takie samo).

Museu de Lisboa – Pałac Pimenta

Stała ekspozycja w muzeum dotyczy historii Lizbony w XVIII i XIX wieku. Są grafiki, obrazy, plany miasta, a nawet stare zagraniczne gazety wydawane np. zaraz po lizbońskim trzęsieniu ziemi w 1755. Są śliczne azulejos, jest trochę starych mebli i ceramiki. Jest też część poświęcona markizowi de Pombal, a co mnie szczególnie ucieszyło.

W poście o postaciach historycznych wspomniałam, że Pombal ciął wrogów jak maczeta, a w Palácio jest dowód w postaci grafik przedstawiających, jak na jego rozkazy wytępiono ród Távora. Cała akcja mocno pachniała Grą o Tron – z zamachem na króla, podmienionymi sztyletami, masowymi egzekucjami i zasalaniem ziemi należącej do unicestwionego rodu, aby nigdy nic na niej nie urosło po tzw. wsze czasy (UWAGA: ja wiem, że robię za dużo porównań do Gry o Tron, ale wyguglujcie historię domu Távora i powiedzcie mi, że to nie kubek w kubek Deszcze z Castamere).

Ekspozycje czasowe

Oprócz tego na terenie Palácio Pimenta znajdują się dwa osobne budynki z czasowymi ekspozycjami. Pierwszy – geometryczne obrazy w mocnych kolorach, generalnie nuda jak kolejka na poczcie polskiej, gdyby poczta polska była sponsorowana przez Ikeę. W drugim za to akurat trwa wystawa Lisboa – Cidade Triste e Alegre, znaczy się Lizbona smutna i wesoła, znaczy się – zdjęcia Lizbony z lat 50., wykonane przez parę fotografów-architektów.

I te zdjęcia są piękne. Jest na nich Lizbona czarno-biała, niebogata, chłopsko-rybacka, zamieszkała przez smutny ciemnooki lud, od którego aż bije saudade, czyli portugalska tęsknota za nie wiadomo czym. Victor Palla i Costa Martins, którzy są autorami zamieszczonych tam fotografii, mieli niesamowity talent do wychwytywania scen intymnych, a przy tym wyczucie i delikatność, które sprawiły, że – sama w budynku z ekspozycją – czułam się prawie nieładnie, jakbym podglądała przedstawione na nich osoby przez dziurkę od klucza. Prześliczne. Polecam spod serduszka.

Informacje praktyczne:

Wstęp do ogrodów jest darmowy, zwiedzanie muzeum kosztuje 3€ i są w to wliczone czasowe ekspozycje. Dojedziecie metrem, stacja: Campo Grande.

Na koniec – ciekawostka: król paw. Albinos. I dzioba nie darł <3