Ciastka z kremem, serwetki i długie wybrzeże, czyli ciekawostki o Portugalii

Zupełnie nie mogłam się zdecydować, o czym opowiedzieć Wam na początek. Między innymi dlatego, że odkąd ja i moja głowa wymyśliłyśmy sobie całą tą zabawę w blogowanie, to zdążyłam zdiagnozować u siebie pewne kreatywne upośledzenie, które objawia się tym, że otwieram na przykład sześć różnych plików w Wordzie i w każdym z nich puchnie sobie osobno jakiś stek bzdur, po czym zupełnie nagle wpadam w panikę i muszę zjeść ciastko na uspokojenie, a potem wracam do wypisywania i już za wszystkie królestwa z Mario Bross nie pamiętam, o chuj mi chodziło (swoją drogą, w mojej pierwszej lizbońskiej robocie ja i moi koledzy z biura, czyli banda – z miłością mówię –  najpotężniejszych nerdów, jakich w życiu widziałam, założyliśmy fikcyjny zespół muzyczny o nazwie The Pretty Fish People i jednym z naszych największych hitów była piosenka pod tytułem „ZUZA’S ATTENTION SPAN”. Nie był to, jak się pewnie domyślacie, taki totalny zbieg okoliczności).

Dlatego dzisiaj opowiem Wam trochę o wszystkim, co akurat przyszło mi do głowy.

Panie i Panowie: oto Ciekawostki o Portugalii razy 10. Niepoparte niczym, poczęte z miłości i zrodzone wśród rechotu przygłupa. Enjoy!

1. Serwetki w potężnych ilościach

Portugalczycy mają obsesję na punkcie serwetek. Nie jest to jakoś dramatycznie istotny fakt, ale nieustająco mnie rozczula i wydaje mi się, że nieźle wyznaczy ton tej liście pełnej wesołych bzdur (nie mówcie, że nie ostrzegałam). Złota zasada nakrywania do stołu jest taka: serwetka dla Ciebie, serwetka dla Ciebie, jeszcze jedna dla Ciebie, jeszcze jedna, ok, to może jeszcze po jednej, oraz – JEB! – piramida z serwetek na środku stołu. I jeszcze po serwetce dla każdego. Nie ważne jakie są. Ważne, żeby było DUŻO. Jasne? To dołóż jeszcze po serwetce. Dlaczego akurat serwetki, a nie na przykład wykałaczki? Nie mam pojęcia. A pytałam. I ciągle pytam.

2. Klaskanie w samolotach

Okazuje się, że nie tylko Polacy klaszczą w samolotach. Portugale też klaszczą i, dziw nad dziwami, nikomu nie spędza to snu z powiek. Wiem, bo przeprowadziłam poważne badania terenowe (dominuje pogląd, że klaszczą głównie weseli starcy i w sumie to urocze) oraz INTERNETOWE (wuj gugiel był mocno zdezorientowany moją próbą ustalenia, dlaczego Portugale klaszczą w samolotach. Na analogiczne zapytanie o Polakach gładko wypluł 20 000 odpowiedzi. Inna sprawa, że mój portugalski ostro kuleje i te wyniki są mniej więcej tak godne zaufania, jak kret prowadzący ciężarówkę).

3. Portugalczycy mówią językami

W Portugalii wszyscy mówią po angielsku. I nie to, że ‘wszyscy’, czyli młodzi ludzie w dużych miastach. Przepiękną angielszczyzną mówi na przykład jeden ekspedient koło pięćdziesiątki w mojej osiedlowej Biedrze (wiem, bo mamy w zwyczaju razem pochylać się nad różnymi zagwozdkami lingwistycznymi, na przykład nad okrutnie oburzającym mnie faktem, że bazylia to po portugalsku „marjericao”. Jak jest w takim razie majeranek? SEKRET NAD SEKRETY!), konduktor, który sprawdzał mi bilet w pociągu linii Zapadła Wiocha – Zapadła Wiocha 2.0, dziarska kobieta koło sześćdziesiątki, która w wymarłej wiosce na wygwizdowie opyliła mi kiedyś Straszną Rybę (nie, nie będzie szczegółów) i młody chłopak na traktorze, który akurat orał pole ziemniaków, na którym kiedyś zgubiłam się w drodze do Santiago. Wszyscy. Mówią. Po angielsku. Wiem, że ten punkt zostawi was z większą ilością pytań (jak można zgubić się w polu ziemniaków? Ha!), niż odpowiedzi. Przepraszam.

4. Portugalia i Anglia dzielą najstarsze przymierze

Swoją drogą, skoro mówimy o angielszczyźnie, to – behold: ciekawostka historyczna! – pewnie nie wiedzieliście, że Anglia i Portugalia dzielą najstarsze na świecie wciąż obowiązujące przymierze, c’nie? A właśnie! Przymierze zostało ustanowione traktatem z Windsor w 1386 roku i przypieczętowane ślubem Jana I i Filipy Lannis… Lancester. Filipa wsławiła się jako taka spoko królowa z obcej ziemi, która przywiozła ze sobą mnóstwo ciekawych rzeczy (trochę jak nasza Bona), i wydała na świat ósemkę dzieci, w tym niejakiego Henryka. Henryk – kreatywna ksywa: Żeglarz – bardzo lubił statki, mapy i dalekie wycieczki, do tego stopnia, że jak podrósł, to odpalił epokę wielkich odkryć i do dzisiaj jest czczony jak Portugalia długa i szeroka. Więcej o Henryku przeczytacie tutaj, a o samym przymierzu, Janie I i Filipie wspominałam przy okazji zamku świętego Jerzego.

5. Emigracja

Portugale co chwila gdzieś emigrują (podobnie jak Polacy), i mają na tym tle taki śmieszny koktajl zadęcia i kompleksu niższości (podobnie jak Polacy). Z tego samego powodu są też przekonani, że są WSZĘDZIE (podobnie jak Polacy). Kiedyś prawie się pospinałam na tym tle z nowo poznanymi ludźmi na jakiejś knajpianej imprezie („no dobra, może i jesteście wszędzie, ale my jesteśmy… BARDZIEJ WSZĘDZIE, okej?!”), dopóki jakaś dobra dusza nie podsunęła nam, żeby rozstrzygnąć to po dorosłemu. Rozstrzygnięcie po dorosłemu polegało na wysłaniu delegacji po WiFi i sprawdzeniu na Wikipedii, kto odniósł więcej ofiar w zamachach na WTC. Tak, to stało się naprawdę.

6. Najdłuższe wybrzeże w Europie

Portugalia ma 800 kilometrów wybrzeża i jest uznawana za jedno z najlepszych miejsc do surfowania nie tylko w Europie, ale i na świecie. Stare surferskie porzekadło głosi, że w sezon trwa tutaj 364 dni w roku. Protip na surfowanie: nie mam pojęcia, w życiu nie surfowałam. Protip na surferów: kiedy nie ma ich na plaży, są na Tinderze.

7. Błyskawiczny wzrost edukacji

W latach 30 XX wieku Portugalia miała jeden z najwyższych odsetków analfabetyzmu w Europie – 68% – i z jakiegoś powodu do dzisiaj jest to coś, o czym ludzie lubią rozmawiać, jak wypiją za dużo wina. Kojarzycie te rozmowy u nas, kiedy po nocy zaczyna się wyliczać, kto miałby jakie kamienice i gdzie, gdyby nas Niemce nie ograbiły? Tutaj opowiada się o prababce-analfabetce, która nosiła za dużo spódnic i kochała się w świniopasie. Noblista Jose Saramago, który urodził się w wiosce w Ribatejo tak małej, że da się ją całą przejść w 10 minut i to o jednej stopie (wiem, bo przeszłam) opowiadał o swoich dziadkach ze strony matki, że chociaż nie umieli czytać ani pisać, to i tak byli najmądrzejszymi ludźmi, jakich znał.

8. Najlepsze ciastka – Pasteis de Nata

Portugale robią fantastyczne ciastka. Najpopularniejsze są pasteis de nata, czyli tarteletki z ciasta francuskiego wypełnione jajecznym kremem. Podobno wynaleźli je mnisi z klasztoru w Belem, którzy używali białek do krochmalenia habitów i w konsekwencji tonęli w oceanach marnujących się żółtek (swoją drogą u mnie w domu przed wszystkimi większymi świętami panuje dokładnie odwrotny problem. Note to self: do Polski tylko w mnisim habicie).

Ile w tym prawdy? Nie wiem, bo też pasteis zupełnie mnie nie ruszają, jak obok stoją queijady. Queijady to takie małe serniczki w różnych smakach. Mój ulubiony smak smakuje jak pasztet z cherubinka. Oprócz tego każda wioska szczyci się własnymi lokalnymi wypiekami, co bardzo utrudnia jakiekolwiek wycieczki samochodowe, bo mniej więcej co 30 kilometrów wymaga spróbować innego ciastka, a u celu paść porażonym przez cukrzycę.

9. Niedobory w ludziach

Jest jeden taki kraj w UE, który nie tylko zgodził się przyjąć uchodźców, ale oferował się przyjąć więcej, niż Unia przewidywała. Zagadka: cóż to był za kraj? Nie wiecie? Podpowiedź: byłam na lizbońskiej manifie pro-uchodźczej i w połowie pochodu musiałam pytać, czy to już to, bo brakowało mi jakiejś burdy. I faktycznie zza winkla wychynęła reprezentacja turboprawicy w sile trzydziestu chłopa i jednej złej staruszki, ale obyło się bez awantury, głównie dlatego, że reakcją drugiej strony było takie obrzydzenie przemieszane z politowaniem, jakim ja reaguję na przykład na rozplaskane ślimaki albo Krystynę Pawłowicz.

Ale tak serio, Portugalia ma okropny problem z wyludnieniem i oprócz dla uchodźców wspiera też na przykład aspirujących farmerów (PROTIP: plotka głosi, że najłatwiej hodować alpaki).

10. Obsesja pór posiłków

Mam taką koleżankę, która kiedyś pojechała na Erazmusa do Rzymu i wróciła straumatyzowana tym, jak to Włosi mają obsesję na punkcie pór posiłków. Miałam od tego czasu okazję pobujać się trochę po Włoszech i powiem Wam jedno: Włosi to tak zwane MAŁE MIKI przy Portugalach. Nie znasz większego przerażania niż przerażenia Portugalczyka, który przysnął na plaży i przegapił porę lanczu. Nie pójdziesz na piwo z kolegami z pracy bez dokładnego ustalenia, gdzie kto kiedy i z kim będzie jadł kolację.

A jeśli olejesz moją radę i i tak spróbujesz, to w połowie drugiego piwa wybuchnie wielka awantura o to, co będziecie jeść na kolację (serio. Kiedyś byłam świadkiem, jak dwójka moich bardzo fajnych i bardzo normalnych znajomych pożarła się do łez o to, czy pizzę należy zamówić z dowozem, czy iść po nią do knajpy. Z kolacją nie ma to tamto, mówię Wam). To jest jedyny naród, który w trakcie dwugodzinnego lotu będzie z obłędem w oczach osaczał stewardessy w Ryanairze w poszukiwaniu kanapek. Serio, zastanawialiście się kiedyś, kto w ogóle kupuje chujowe kanapki z Ryanaira? Portugale. I módlcie się tylko, żeby nie zabrakło serwetek.

To tyle na dzisiaj, chłopcy i dziewczęta. Mam nadzieję, że się podobało i jeśli kiedyś traficie na przykład na imprezę z kolacją i bandą Portugalczyków, to nie tylko mnie nie zawstydzicie, ale będziecie mieć też masę – MASĘ! – ciekawostek to zabawiania towarzystwa. A jak nie, to wiecie, gdzie mnie znaleźć!